Ta strona używa plików cookies.
Polityka cookies    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
Kocham Radzyń Podlaski

  Kochamy nasze miasto i jesteśmy z niego dumni!

Wraz z odejściem ostatnich samosiołów zakończy się ludzka część Czarnobyla

Dzisiejszej nocy mija dokładnie 40 lat od wybuchu w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej – wydarzenia, które na zawsze zmieniło bieg historii i los tysięcy ludzi. Z tej okazji zapraszamy do lektury wyjątkowego wywiadu Roberta Mazurka z Krystianem Machnikiem – eksploratorem, autorem książki „Ostatni ludzie Czarnobyla” i jednym z nielicznych, którzy tak blisko poznali życie ostatnich mieszkańców Strefy Wykluczenia.

Zaledwie tydzień temu mieliśmy okazję gościć Krystiana Machnika podczas 59. edycji „Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami”. Dziś wracamy do tej rozmowy, by jeszcze raz spojrzeć na Czarnobyl – nie tylko przez pryzmat katastrofy, lecz przede wszystkim ludzi, którzy mimo wszystko postanowili tam pozostać.

Kim jest Krystian Machnik – podróżnikiem, pasjonatem urbexu czy organizatorem pomocy humanitarnej?

Trudno mówić o sobie wprost, ale najbliżej mi do określenia „eksplorator”. To właśnie od eksploracji zaczęła się moja przygoda z Czarnobylem. Z czasem stałem się badaczem tego miejsca i autorem książki „Ostatni ludzie Czarnobyla” – jedynej publikacji poświęconej czarnobylskim samosiołom. Dziś określam się także jako „czarnobylski wnuczek”, bo z wieloma mieszkańcami tych terenów połączyły mnie bliskie relacje.

Dlaczego 26 kwietnia 1986 roku o godz. 1.23.45 doszło do wybuchu w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej? Czy był to błąd człowieka, czy zawiodła technologia?

To był splot wielu czynników – zarówno błędów ludzkich, jak i wad technologicznych. Przez lata obowiązywała narracja, że winę ponoszą głównie operatorzy – Anatolij Diatłow, Wiktor Briuchanow czy Nikołaj Fomin, którzy zostali skazani za tzw. „zbrodnicze zarządzanie”, choć formalnie taki zarzut nie istniał. Z czasem jednak, już po upadku ZSRR, ujawniono, że odpowiedzialność była znacznie bardziej złożona. Operatorzy rzeczywiście popełnili błędy, ale kluczowy problem polegał na tym, że reaktor miał poważne wady konstrukcyjne, o których oni nie wiedzieli, a które w normalnych warunkach nie powinny doprowadzić do katastrofy. Do wypadku doszło podczas testu bezpieczeństwa, w trakcie którego reaktor wprowadzono w niestabilny, nienormalny stan i wyłączono część systemów zabezpieczeń. W tych specyficznych warunkach ujawniła się krytyczna wada: naciśnięcie przycisku AZ-5, czyli awaryjnego wyłączenia reaktora, zamiast obniżyć moc, spowodowało jej gwałtowny wzrost. Operatorzy byli przekonani, że w razie zagrożenia mogą bezpiecznie zatrzymać reaktor – nie wiedzieli, że w tych okolicznościach mechanizm zadziała odwrotnie. To trochę tak, jakby w samochodzie wciśnięcie hamulca zamiast zwalniać powodowało nagłe przyspieszenie – i dokładnie coś takiego wydarzyło się w Czarnobylu.

Jakie wrażenie zrobiła na Tobie Czarnobylska Strefa Wykluczenia przy pierwszym spotkaniu?

Po raz pierwszy byłem tam w 2013 roku. Co ciekawe, przy pierwszej wizycie poczułem pewien zawód, bo nasze wyobrażenie o tym miejscu w dużej mierze budują zdjęcia i materiały medialne, które pokazują wybrane kadry. Nie dlatego, że ktoś nas oszukuje, ale dlatego, że fotograf szuka ujęcia, w którym opuszczone budynki są dobrze widoczne. Tymczasem rzeczywistość wygląda inaczej. Chociażby Prypeć latem, przy pełnej roślinności, to właściwie las z ukrytymi w nim blokami, a kiedy wjeżdża się do miasta, trudno nawet zorientować się, że to miasto – jedna z głównych dróg przypomina zwykłą leśną trasę. To było moje pierwsze zderzenie z rzeczywistością i myśl, że „to nie wygląda tak, jak sobie wyobrażałem”, ale z czasem zrozumiałem, że prawdziwy Czarnobyl – choć inny niż ten znany z filmów czy gier – jest znacznie ciekawszy.

Wokół promieniowania narosło wiele mitów. Jak naprawdę wygląda sytuacja w Strefie Wykluczenia?

To ogromny obszar – około 2600 km², co można porównać do dwóch średniej wielkości powiatów w Polsce – dlatego nie da się jej opisać jednym zdaniem, bo sytuacja jest bardzo zróżnicowana. Wciąż funkcjonuje tam Czarnobylska Elektrownia Jądrowa, obecnie w trakcie wieloletniej likwidacji, która według wcześniejszych planów potrwa co najmniej do 2068 roku. Poza tym strefa nie jest „martwa” – to dziś w dużej mierze rezerwat przyrody, choć skażony radioaktywnie, który wymaga stałego zarządzania. Pracują tam leśnicy, strażacy pilnujący, by nie dochodziło do pożarów mogących powodować wtórne skażenie, policja i służby dbające o bezpieczeństwo, a także naukowcy i dozymetryści monitorujący poziom promieniowania. To oznacza, że choć nie jest to miejsce do normalnego życia, toczy się tam ciągła działalność i praca wielu ludzi, a poziom promieniowania – w zależności od konkretnej lokalizacji – bywa zarówno relatywnie niski, jak i wciąż niebezpiecznie wysoki.

Wiele osób kojarzy strefę głównie z Prypecią. W jakich okolicznościach powstało to miasto i jak wygląda dziś?

Prypeć w dużej mierze jest pochłonięta przez naturę i wjeżdżając do miasta, trudno od razu zorientować się, że to w ogóle przestrzeń miejska. Sam w pełni zrozumiałem to dopiero, gdy wszedłem na dach jednego z 16-piętrowych bloków i zobaczyłem rozciągający się zielony „dywan” drzew, z którego wystają jedynie szare, zniszczone budynki. Prypeć była tzw. atomgradem, czyli miastem zbudowanym od podstaw dla pracowników Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Jej budowę rozpoczęto w 1970 roku, a więc istniała zaledwie 16 lat i nigdy nie została ukończona. Docelowo miało tam mieszkać nawet 80 tys. ludzi, ale w momencie ewakuacji było to około 50 tys. mieszkańców. Miasto powstało zaledwie 3 kilometry od elektrowni, przez co zostało silnie skażone.

A jak wygląda miasto Czarnobyl, którego nazwa funkcjonuje dziś w powszechnej świadomości jako określenie całej katastrofy i jej skutków?

W przeciwieństwie do Prypeci, gdzie formalnie nikt już nie mieszka, Czarnobyl nadal funkcjonuje, choć jest to miasto o bardzo specyficznym charakterze. Nie można się tam dostać bez specjalnej przepustki, ponieważ leży na terenie zamkniętym, ale na miejscu widać normalne życie codzienne, ludzie chodzą po ulicach, czekają na autobusy i pracują, najczęściej w charakterystycznych roboczych ubraniach. Nie są to jednak mieszkańcy w tradycyjnym sensie, lecz pracownicy obsługujący strefę, bo Czarnobyl pełni dziś rolę administracyjnego i logistycznego centrum całej Strefy Wykluczenia, skupiając instytucje naukowe, służby i zaplecze techniczne. Wykorzystuje się tam dawne budynki mieszkalne, w których pracownicy dostają tymczasowe przydziały. Przyjeżdżają zazwyczaj na dwutygodniowe zmiany, a potem wracają do swoich domów tracąc wraz z zakończeniem pracy prawo do zajmowanego mieszkania, co sprawia, że funkcjonuje to bardziej jak zaplecze pracownicze niż zwykłe miasto.

Jednak w Czarnobylu mieszkają też samosioły. Kim są ci ludzie i ilu z nich jeszcze żyje?

Samosioły to inaczej samoosiedleńcy, czyli ludzie, którzy po katastrofie wrócili na tereny objęte przymusową ewakuacją i postanowili dożyć tam swoich dni, mimo skażenia radioaktywnego. Mówimy tu o obszarze obejmującym dziesiątki opuszczonych miejscowości, z których wysiedlono mieszkańców po 1986 roku, a część z nich po pewnym czasie zdecydowała się wrócić do swoich domów. Choć pojedyncze osoby można spotkać także w samym Czarnobylu, to większość samosiołów mieszka w odległych wsiach, często kilkadziesiąt minut drogi od miasta, co przy braku transportu stanowi realną izolację od świata. To ludzie, którzy żyją bardzo skromnie, często w drewnianych domach, zgodnie z dawnymi zwyczajami i na ziemiach, na których spędzili całe życie. W przeciwieństwie do pracowników strefy nie są tam tymczasowo, tylko są jej ostatnimi rdzennymi mieszkańcami, dlatego nazywam ich „ostatnimi ludźmi Czarnobyla”. Ich liczba z roku na rok maleje i dziś pozostało ich już tylko kilkudziesięciu.

W swojej książce napisałeś, że szczególne znaczenie miało dla Ciebie spotkanie z Olgą Juszczenko. Dlaczego?

To było moje pierwsze spotkanie z samosiołem i moment przełomowy, bo wcześniej jeździłem do Czarnobyla głównie dla miejsca, historii i tematu radioaktywności, a ludzie właściwie mnie nie interesowali. Wszystko zmieniło się, gdy zupełnym przypadkiem trafiliśmy do wioski Łubianka, gdzie podczas eksploracji natknęliśmy się na Olgę Juszczenko, ostatnią mieszkankę tej miejscowości. Była w bardzo złym stanie po pracy w polu, miała objawy przegrzania organizmu i traciła siły, a pomoc mogła dotrzeć dopiero po dwóch godzinach. Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo ci ludzie są pozostawieni sami sobie i jak trudne mają warunki życia, bo najbliższa pomoc była oddalona o kilka kilometrów, których w takim stanie nie miała szans pokonać. Mieliśmy poczucie, że prawdopodobnie uratowaliśmy jej życie i to doświadczenie sprawiło, że zacząłem patrzeć na Czarnobyl zupełnie inaczej, przez pryzmat ludzi, a nie tylko miejsca, co z czasem przerodziło się w głębsze relacje i kolejne spotkania z samosiołami.

Podobno samosioły słyną z niezwykłej gościnności. Czy rzeczywiście tak jest?

Gdy wchodzi się do chaty samosioła, bardzo trudno z niej wyjść, bo wizyta nigdy nie kończy się na krótkiej rozmowie. Babuszka od razu chce ugościć przyjezdnych i w kilka minut na stole pojawia się pełno jedzenia, choć zapowiadamy się tylko na chwilę. Nie pomagają tłumaczenia, że tego dnia odwiedziliśmy już kilka innych domów i zjedliśmy kilka obiadów, bo gospodarze i tak nalegają, by spróbować także u nich. Ta niezwykła gościnność wynika zapewne z rzadkich odwiedzin, dlatego chcą zatrzymać gości jak najdłużej. Co więcej, trudno wyjść nie tylko przez kolejne potrawy, ale też dlatego, że są to bardzo przyjaźni ludzie, szczerze zainteresowani rozmową i łatwo nawiązać z nimi kontakt.

Jednocześnie życie w Strefie Wykluczenia dalekie jest od sielskiego obrazka. Czy faktycznie są to ludzie, o których świat w dużej mierze zapomniał?

Kiedy spotkałem wspomnianą już babuszkę Olgę, początkowo myślałem, że powinienem jedynie wezwać odpowiednie służby, bo to ktoś inny powinien pomagać. Jednak szybko pojawiło się pytanie, kto właściwie miałby to robić. Okazało się, że nikt się tymi ludźmi nie interesuje, więc w pewnym sensie przypadkowo spadło to na mnie, choć wcale na to nie narzekałem. Gdy zacząłem poznawać ich historie, sam chciałem się w to zaangażować i od tego jednego spotkania wszystko się zaczęło. Napisałem książkę, zacząłem opowiadać o ich losach i stałem się swego rodzaju badaczem ich życia. Poznałem niemal wszystkich samosiołów, zdarzało mi się spać w ich chatach w opuszczonych wioskach i zobaczyć codzienność z bliska. Często mówią, że gdyby nie nasza pomoc, już by ich tam nie było i wierzę, że to prawda.

Życiu w cieniu promieniowania daleko do przepisu na zdrowie. Na jakie choroby i problemy zdrowotne szczególnie narażeni są mieszkańcy Strefy Wykluczenia?

Przede wszystkim są to choroby typowe dla podeszłego wieku, ponieważ większym zagrożeniem niż promieniowanie jest dla nich starość. Skażenie po katastrofie nie rozłożyło się równomiernie i nie jest tak, że po przekroczeniu granicy strefy poziom promieniowania wszędzie gwałtownie rośnie. W miejscach, gdzie mieszkają samosioły, jest ono stosunkowo niskie, a sama strefa została wyznaczona z dużym zapasem. Nie oznacza to, że tereny nie były skażone, jednak nie w stopniu bezpośrednio zagrażającym życiu. W latach dziewięćdziesiątych przeprowadzono wstępne badania, które wskazywały na większą zachorowalność na nowotwory wśród samosiołów, lecz później ich nie powtarzano, a grupa badawcza była niewielka, więc trudno wyciągać jednoznaczne wnioski. Nie wiadomo, czy promieniowanie rzeczywiście miało decydujący wpływ, czy też był to przypadek statystyczny, albo czy najbardziej narażone osoby zmarły wcześniej, a pozostali ci, którzy mieli więcej szczęścia. To kwestia, o której można długo dyskutować bez ostatecznej odpowiedzi, choć warto dodać, że najstarsza z babuszek dożyła stu lat.

Organizujesz dla samosiołów pomoc humanitarną. Na czym ona polega?

To bardzo prosta forma wsparcia. Jedziemy moim prywatnym samochodem do Czarnobyla i rozwozimy podstawowe produkty spożywcze, takie jak chleb, mąka czy makaron, do samosiołów mieszkających w wioskach. Skupiamy się na osobach w najtrudniejszej sytuacji. Przywozimy rzeczy najprostsze, które w warunkach braku dostępu do sklepu stają się rarytasem. Makaron można przechować na później, natomiast świeży chleb trudno długo trzymać, zwłaszcza gdy miejsce w zamrażarce jest ograniczone, a prąd bywa niestabilny i potrafi zniknąć nawet na miesiąc, szczególnie w czasie wojny. Dlatego właśnie za świeży chleb dziękują nam najczęściej.

W którym momencie poczułeś, że z eksploratora zamieniłeś się w „czarnobylskiego wnusia”?

Stało się to bardzo szybko, bo kiedy zacząłem im pomagać i okazywać autentyczne zainteresowanie, zobaczyli, że mam dobre intencje, dzięki czemu szybko zdobyłem ich zaufanie. To nie były pojedyncze wizyty, w Czarnobylu byłem ponad 120 razy, a u samosiołów spędziłem dziesiątki spotkań, podczas których przeżywaliśmy razem różne sytuacje, także śmierć innych mieszkańców. Z czasem relacje stały się bardzo bliskie i zaczęły przypominać więzi rodzinne. Dziś wygląda to tak, jakbym odwiedzał krewnych mieszkających daleko, do których co jakiś czas się wraca i z którymi dzieli się ważne momenty życia.

A co skłoniło Cię do montowania na drzwiach domów samosiołów specjalnych tabliczek?

Impulsem były słowa jednej z babuszek, która powiedziała, że kiedyś nie było miesiąca bez śmierci, a dziś to zdanie przestało być aktualne, bo samosiołów zostało już bardzo niewielu. Zauważyłem, że gdy ktoś umiera, jego chata po krótkim czasie zaczyna wyglądać jak wszystkie opuszczone domy w okolicy, stopniowo się zapada, niszczeje i znika wraz z całą historią ukrytą w środku. Stare fotografie, przedmioty i ślady życia ulegają zniszczeniu, a ponieważ wszystko znajduje się na potencjalnie skażonym terenie, nie trafia do muzeów i pozostaje zapomniane. Dlatego zacząłem montować na drzwiach tabliczki ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem, datą urodzenia i śmierci oraz krótką informacją o tym, kim był dany mieszkaniec. Dzięki temu opuszczona chata przestaje być anonimowa i odzyskuje ludzką historię, a pamięć o jej mieszkańcu może przetrwać choćby kilka lat dłużej, zanim budynek ostatecznie zniknie.

Jak na życie mieszkańców Strefy Wykluczenia wpłynęła rosyjska agresja na Ukrainę 24 lutego 2022 roku?

Bardzo negatywnie, bo Rosjanie zajęli Czarnobyl już pierwszego dnia wojny, a Ukraińcy wycofali się, by skupić obronę wokół Kijowa. Wojna dodatkowo pogłębiła ich izolację i trudną sytuację. Ci ludzie chcieli jedynie spokojnie dożyć swoich dni w domach, do których wrócili po katastrofie, tymczasem znaleźli się pod rosyjską okupacją trwającą około pięciu tygodni. W tym czasie nie dostarczano im żywności, a żołnierze nie interesowali się ich losem, więc przetrwali głównie dzięki zapasom przywiezionym przez nas tuż przed zajęciem strefy.

Odchodzą nie tylko ostatni ludzie Czarnobyla, ale z czasem znikają też całe miejscowości. Czy ten proces jest już nieunikniony?

Niestety tak. Już dziś Prypeć przestaje wyglądać jak miasto, a budynki stopniowo niszczeją i w końcu zamienią się w porośnięte lasem gruzowisko. Wioski znikną jeszcze szybciej, ponieważ drewniane chaty rozkładają się znacznie prędzej niż betonowe bloki, aż w końcu nie pozostanie po nich żaden ślad.

Swoją książkę kończysz bardzo mocnymi słowami, że kiedy już nikogo nie będzie, wrócisz do Prypeci i umrzesz tam jak ostatni człowiek Czarnobyla. Co chciałeś przez to powiedzieć?

Zostawiłem tu przestrzeń do interpretacji dla Czytelników, bo każdy może odczytać te słowa na swój sposób. Moja przygoda z Czarnobylem zaczęła się od Prypeci, później wyjechałem stamtąd i zacząłem odwiedzać wioski samosiołów, poznając ich historie i życie. Kiedy ich zabraknie, wrócę do miejsca, od którego wszystko się zaczęło, a wraz z odejściem ostatnich mieszkańców zakończy się ludzka część Czarnobyla. Resztę znaczeń pozostawiam już odbiorcom, którzy mogą dopowiedzieć sobie, co oznacza powrót do Prypeci i bycie ostatnim człowiekiem Czarnobyla.

I tutaj postawmy kropkę. Dziękuję Ci za rozmowę oraz za nasze spotkanie w Czemiernikach.

Dziękuję za zaproszenie i rozmowę.

Komentarze obsługiwane przez CComment

Kategoria: