Jak odnaleźć siłę po doświadczeniach, które dla wielu wydają się nie do udźwignięcia? Jasiek Mela – gość 61. edycji „Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami”, podróżnik, społecznik i najmłodszy zdobywca obu biegunów Ziemi – opowiada o życiu, w którym największe wyprawy zaczynają się od pokonywania własnych ograniczeń. W rozmowie z Robertem Mazurkiem mówi o tragediach, które go ukształtowały, niezwykłych ekspedycjach, wierze, empatii oraz codziennych „Kilimandżaro”, z którymi mierzy się każdy z nas. To inspirująca opowieść o odwadze, wdzięczności i szukaniu nadziei nawet w najtrudniejszych momentach.
W Twoim dzieciństwie wydarzyło się wiele dramatycznych chwil – pożar domu, śmierć młodszego brata oraz ciężki wypadek, w którym straciłeś rękę i nogę. Mimo tych doświadczeń nazywasz siebie „szczęściarzem”. Skąd bierze się w Tobie takie podejście?
Trochę dlatego, że człowiek zwykle znajduje to, czego szuka. Jeśli skupiamy się wyłącznie na problemach i komplikacjach, to zawsze znajdziemy ich bardzo dużo. Ale jeśli chcemy dostrzegać dobro, nawet w trudnych doświadczeniach, to również można je odnaleźć. Kiedy po latach patrzę na swoje życie, na jednej szali kładę wszystkie te trudne doświadczenia – niekoniecznie złe, ale ciężkie, a czasem wręcz tragiczne. Na drugiej szali umieszczam ich pozytywne konsekwencje. I widzę, że tych drugich jest zdecydowanie więcej. Co więcej, wiele dobra, które później się wydarzyło, nie pojawiłoby się, gdyby nie te trudne momenty. To one często stają się impulsem do działania i zmiany.
Jak poznałeś Marka Kamińskiego i jak doszło do Waszych wspólnych wypraw na bieguny?
To był duży zbieg okoliczności. Gdy miałem 13 lat i po porażeniu prądem wysokiego napięcia trafiłem do szpitala w Gdańsku, spędziłem tam trzy miesiące. Pewnego dnia moja mama, idąc do mnie z odwiedzinami, spotkała na ulicy Marka Kamińskiego. Znali się jeszcze z czasów studenckich i mieli wspólnych znajomych. Mama zapytała go wtedy, czy skoro mieszka w tym samym mieście, odwiedziłby mnie kiedyś w szpitalu. Oczywiście nie było wtedy żadnego pomysłu na wspólną wyprawę. Jednak od tego spotkania coś zaczęło się rodzić. Jakieś ziarno zostało zasiane. Do dziś nie wiem dokładnie dlaczego, ale Marek postanowił podzielić się ze mną swoim doświadczeniem i dać mi trochę wiary oraz nadziei.
Dlaczego wybór padł właśnie na bieguny? To dość nietypowe marzenie jak na nastolatka.
To nie był mój wybór, to był pomysł Marka Kamińskiego. Ja pewnie wybrałbym jakieś cieplejsze rejony świata. Ale skoro taki był pomysł, miałem dwa wyjścia: przyjąć go albo odrzucić. Wybrałem to pierwsze.
Czym najbardziej różniły się dla Ciebie wyprawy na biegun północny i południowy?
Różniły się przede wszystkim pod względem warunków. Arktyka jest zamarzniętym morzem, więc poruszamy się właściwie na poziomie morza. Natomiast na Antarktydzie, w okolicach bieguna południowego, znajdujemy się na wysokości ponad trzech tysięcy metrów nad poziomem morza. To oznacza inne ciśnienie, mniej tlenu i znacznie trudniejsze warunki. Z drugiej strony największą różnicą było to, że pierwsza wyprawa była po prostu pierwsza. Każda kolejna stawała się łatwiejsza, bo było w niej mniej niepewności. Zawsze najtrudniej zrobić pierwszy krok. Dlatego właśnie wyprawa na biegun północny była dla mnie przełomowa.
Jaki był najbardziej kryzysowy moment tamtych podróży? Czy zdarzały się chwile zwątpienia, kiedy chciałeś zrezygnować?
Takie chwile oczywiście się zdarzały. Paradoksalnie jednak więcej kryzysów pojawiło się przed niż w trakcie samej podróży. Przygotowania do wyprawy na biegun północny zajęły nam ponad półtora roku. Sama wyprawa trwała zaledwie dziesięć dni marszu. Oczywiście to właśnie wtedy przychodzi egzamin i najtrudniejsze momenty, ale większość poważnych kryzysów wydarzyła się wcześniej. Dlatego miałem poczucie, że samo wyruszenie w drogę oznacza już połowę sukcesu. Być może tę łatwiejszą połowę, ale jednak.
W ciągu jednego roku zdobyłeś oba bieguny, zapisując się w historii jako najmłodsza osoba z niepełnosprawnością, której się to udało. Czy wtedy miałeś poczucie, że robisz coś wyjątkowego?
To poczucie pojawiło się dopiero po wyprawie. W trakcie myślałem raczej o tym, że jeśli jakimś cudem uda nam się zdobyć biegun północny, to może jakaś lokalna gazeta napisze krótki artykuł o tym, że Marek Kamiński z chłopakiem bez ręki i nogi dotarli na biegun. Skala zainteresowania mediów była jednak dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nie spodziewałem się takiego rozgłosu. Jednocześnie sprawiło to, że trochę mimowolnie znalazłem się w nowej roli – ambasadora osób z niepełnosprawnościami. I w pewnym sensie trwa to do dziś.
Czy to właśnie wtedy „złapałeś bakcyla” podróżowania i postanowiłeś związać z nim swoje życie?
Nie powiedziałbym, że od razu postanowiłem związać z tym całe życie. Natomiast doświadczenie, że coś uznawanego przez wielu za niemożliwe udało się zrealizować, było dla mnie bardzo ważne. Stało się żywym dowodem na to, że naprawdę wiele rzeczy jest możliwych. Skoro udało się osiągnąć tak ambitny cel, naturalne było, by pójść za ciosem i wykorzystać energię, która się pojawiła – również tę medialną. Dzięki temu łatwiej było uruchomić efekt kuli śnieżnej i realizować kolejne projekty.
Twoje wyprawy to nie tylko podziwianie krajobrazów, ale też ogromne wyzwania – jak choćby maraton w Nowym Jorku. Czy lubisz przekraczać własne granice?
Lubię przekraczać granice. Myślę, że w dużej mierze wynika to także z mojej niepełnosprawności. Był taki okres w moim życiu, kiedy miałem ogromną potrzebę udowadniania, że nie ma rzeczy niemożliwych. Dziś jestem już od tego trochę dalej, ale wtedy bardzo tego potrzebowałem. Najpierw chciałem udowodnić to sobie, później swojemu tacie, a potem całemu otoczeniu. Chciałem pokazać, że stereotypy i etykiety, którymi posługujemy się wobec innych ludzi, często nie mają sensu. Jeśli ktoś nie ma ręki i nogi, to automatycznie zakładamy, że z czymś sobie poradzi, a z czymś innym nie. Tymczasem takie myślenie warto wyrzucić z głowy.
W 2008 roku zdobyłeś Kilimandżaro, najwyższy szczyt Afryki. Co dla Ciebie znaczy określenie „moje Kilimandżaro”?
Ta wyprawa była dla mnie wyjątkowa. Była trzecią dużą ekspedycją w moim życiu, po zdobyciu obu biegunów. W przypadku wypraw polarnych byłem niejako głównym bohaterem projektu. Na Kilimandżaro byłem jednym z siedmiorga uczestników z niepełnosprawnościami. Dało mi to zupełnie inną perspektywę. Kiedy pod koniec długiego dnia marszu byłem skrajnie zmęczony, miałem świadomość, że pozostali uczestnicy czują się podobnie, a może nawet gorzej. Być może właśnie wtedy osoba niewidoma potrzebowała wsparcia albo pomocy. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy i myśleć nie tylko o sobie. Dlatego ta wyprawa nauczyła mnie przede wszystkim empatii. Pokazała mi też, że takie przedsięwzięcia mają sens nie tylko ze względu na sam cel podróży. Chodzi również o to, by problemy i wyzwania osób z niepełnosprawnościami stawały się bardziej widoczne. Kilimandżaro, bieguny czy Everest są symbolami. Tak naprawdę chodzi o nasze codzienne „Kilimandżaro” – wyzwania, które pokonujemy każdego dnia. Jeżeli dzięki takim wyprawom ktoś odważy się wyjść z domu, poszukać pracy, pójść na studia czy spotkać się ze znajomymi mimo swoich lęków i obaw, to znaczy, że miały one głębszy sens.
Opowiedz proszę o fundacji „Poza Horyzonty”, którą założyłeś i przez wiele lat prowadziłeś.
Fundacja powstała między innymi z potrzeby spłacenia pewnego długu wdzięczności. Miałem w życiu ogromne szczęście do ludzi, którzy pomogli mi – zarówno w przenośni, jak i dosłownie – stanąć na nogi. Otrzymałem wsparcie psychiczne, ale także bardzo konkretną pomoc materialną. Proteza warta kilkadziesiąt tysięcy złotych była czymś, co dostałem dzięki życzliwości innych. Wiem jednak, że nie każdy w Polsce może liczyć na takie wsparcie. Dlatego chciałem podzielić się tym, co sam otrzymałem. Stworzyliśmy fundację, która pomagała finansować zakup protez, wspierała rehabilitację, oferowała pomoc psychologiczną, ale również starała się zmieniać sposób myślenia ludzi. A właśnie zmiana mentalności bywa często największym wyzwaniem.
Wyprawa na Elbrus była pierwszą ekspedycją zorganizowaną przez fundację. Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas tego przedsięwzięcia?
Pod względem kondycyjnym była to chyba najtrudniejsza wyprawa w moim życiu. Podczas pierwszej próby ataku szczytowego źle oszacowaliśmy czas i musieliśmy zawrócić mniej więcej w połowie drogi. Zrobiliśmy dzień przerwy, a następnie ponownie ruszyliśmy. Samo wyjście z ostatniej bazy, wejście na szczyt i powrót zajęło nam siedemnaście godzin. To było naprawdę ogromne wyzwanie fizyczne.
Film „Mój biegun”, wbrew tytułowi, nie opowiada o Twojej arktycznej wyprawie. Jakie niesie przesłanie i dlaczego zdecydowałeś się opowiedzieć swoją historię przed kamerą?
W pewnym momencie wraz z rodzicami musieliśmy odpowiedzieć sobie na ważne pytanie. Media dość mocno wkroczyły w nasze życie i trzeba było zdecydować, czy za wszelką cenę chronimy swoją prywatność, czy też uznajemy, że niektórymi bardzo osobistymi historiami możemy podzielić się z innymi. Ostatecznie wybraliśmy tę drugą drogę. Oczywiście wiązało się to z różnymi konsekwencjami – opiniami, ocenami, a czasem także hejtem. Nie zawsze było to łatwe. Początkowo nie byliśmy przekonani do pomysłu realizacji filmu, daliśmy się jednak przekonać scenarzystom. Chociaż film nosi tytuł „Mój biegun”, tak naprawdę opowiada przede wszystkim o relacji ojca i syna – w tym przypadku mojej relacji z tatą. Uważam, że w Polsce nadal stosunkowo rzadko rozmawia się o takich relacjach. Możemy dyskutować o wielu trudnych czy kontrowersyjnych tematach, ale rozmowa o rodzinie i więzi między ojcem a synem często okazuje się znacznie trudniejsza. W naszym przypadku była to relacja skomplikowana, ale z czasem doczekała się szczęśliwego zakończenia. Dziś z tatą łączy mnie przyjaźń. Widzę też, że dzielenie się tą historią ma sens. Jeśli może pomóc choćby kilku osobom lepiej zrozumieć własne relacje rodzinne, to warto było to zrobić.
W swojej pierwszej książce „Poza horyzonty” napisałeś, że podczas wędrówki przez Arktykę miałeś poczucie bycia bliżej Boga. Czy wiara odgrywa ważną rolę w Twoim życiu?
Tak, wiara jest dla mnie bardzo ważna i stanowi jeden z fundamentów mojego życia. Oczywiście droga wiary nie jest prosta. Choć dziś często mówię o wdzięczności, również za trudne doświadczenia, nie oznacza to, że potrafię przyjmować tragedie z otwartymi ramionami. Po pożarze domu, śmierci brata czy moim wypadku przeżywałem bunt, również wobec Boga. Mimo to jest to dla mnie bardzo ważna relacja. Myślę, że właśnie trudne doświadczenia często ją kształtują i sprawdzają. Podróże natomiast pomagają się zatrzymać. Nie tyle przybliżają do Boga, ile pozwalają odciąć się od wszystkiego, co na co dzień rozprasza – telefonów, maili, hałasu, reklam czy natłoku informacji. Kiedy przez wiele dni idzie się przez śnieg i lód Arktyki, a jedynym celem jest kierunek północ, można naprawdę oczyścić głowę. A to bywa niezwykle potrzebne.
Czym był dla Ciebie spacer po Jerozolimie, który opisałeś w drugiej swojej książce „Ostatnie dni Jezusa”?
To był dla mnie wielki dar. Wiele ciekawych projektów w moim życiu pojawiało się niejako samo i podobnie było w tym przypadku. Najpierw wziąłem udział w realizacji filmu dokumentalnego pod tym samym tytułem, a później powstała książka. Chodziło o spojrzenie na ostatnie dni życia Jezusa Chrystusa przede wszystkim z perspektywy historycznej. Było to niezwykle ciekawe doświadczenie, zwłaszcza dzięki współpracy z dominikaninem, ojcem Łukaszem Popko. Cieszę się, że mogłem uczestniczyć w takim projekcie. Mam też nadzieję, że pokazuje on, iż wiara nie musi oznaczać bezkrytycznego podejścia do wszystkiego. Sam jako osoba wierząca mam wiele pytań i zastrzeżeń wobec Kościoła. Nie istnieją przecież idealne instytucje ani idealni ludzie. Jednocześnie zgadzam się ze słowami Adama Nowaka z zespołu Raz, Dwa, Trzy, że trudno jest nie wierzyć w nic. Dlatego uważam, że warto rozwijać w sobie duchowość i szukać odpowiedzi na ważne pytania.
W którym momencie Jasiek Mela stał się Janem Melą?
Specjalnie dziś rano się ogoliłem, żeby trochę się odmłodzić (śmiech). Ale szczerze mówiąc, nadal nie czuję się Janem Melą. „Jan” brzmi dla mnie trochę zbyt poważnie. Może kiedyś, gdy zapuszczę porządną brodę albo będę miał jakiś tytuł naukowy przed nazwiskiem, to się do tego przekonam. Na razie zdecydowanie bliżej mi do Jaśka. Nie lubię tworzyć niepotrzebnego dystansu między sobą a innymi ludźmi.
Z podróżnika stałeś się także mówcą motywacyjnym. Skąd wziął się ten pomysł?
To była dość naturalna droga. Gdyby ktoś piętnaście lat temu powiedział mi, że będę utrzymywał rodzinę ze spotkań z pracownikami firm i korporacji, odpowiedziałbym: „Tylko nie to”. Ale wszędzie są ludzie, a ludzie są ciekawi. Nawet w miejscach, które z zewnątrz wydają się bardzo hermetyczne. W swojej pracy mam możliwość rozmawiania o kryzysach, trudnościach i wyzwaniach. Staram się znajdować wspólny język między doświadczeniami z podróży a prowadzeniem biznesu czy codzienną pracą. Najważniejsze jest dla mnie to, by robić to w sposób autentyczny. Cieszę się również, że mogę czasem przełamywać stereotyp mówcy motywacyjnego, który zawsze musi być herosem, twardzielem i człowiekiem sukcesu. Uważam, że nie zawsze trzeba robić dobrą minę do złej gry. Czasem warto przyznać się do słabości, błędów czy zwątpienia. Zdarza się, że po spotkaniu ktoś mówi mi: „Panie Jaśku, to było zupełnie inne wystąpienie, niż się spodziewałem”. I bardzo mnie to cieszy.
Osiągnąłeś w życiu więcej niż wielu ludzi w pełni sprawnych. Czym dziś jest dla Ciebie niepełnosprawność?
Przede wszystkim jest pewnym zbiorem ograniczeń, które trzeba zaakceptować i nauczyć się z nimi żyć. Kiedyś usłyszałem bardzo mądre zdanie, że niepełnosprawność jest czymś, co nas kształtuje, ale nie determinuje. Bardzo bliskie jest mi takie myślenie. Staram się nie traktować swojej niepełnosprawności jako głównego wyznacznika tego, kim jestem. Po prostu jest jedną z moich cech. Tak samo jak ktoś może być niepunktualny, nieśmiały albo wyjątkowo cierpliwy. Oczywiście brak ręki i nogi wpływa na codzienne życie, ale nie definiuje człowieka w całości. Dlatego nie skupiam się na tym bardziej, niż jest to konieczne.
Czy Twoim zdaniem w Polsce zmienia się sposób postrzegania osób z niepełnosprawnościami?
Zdecydowanie tak. Patrząc na swoje ponad dwudziestoletnie doświadczenie życia z niepełnosprawnością, widzę ogromną zmianę. Oczywiście nadal wiele pozostaje do zrobienia. Dotyczy to zarówno mentalności, jak i rynku pracy, języka czy dostępności przestrzeni publicznej. Wciąż spotykamy się z absurdami. Przykładowo, ulga kolejowa, z której korzystam, nadal funkcjonuje pod nazwą „dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji”. Można się z takich rzeczy śmiać, ale jednocześnie warto je zmieniać, ponieważ bywają krzywdzące i nie przystają do rzeczywistości. Najważniejsza pozostaje jednak mentalność. To, czy podchodzimy do siebie z życzliwością i szacunkiem, czy dostrzegamy w innych ich mocne strony. Litość nigdy nie pomaga. Empatia – już tak.
Czy masz jeszcze marzenia lub plany, które czekają na realizację – zarówno podróżnicze, jak i zupełnie niezwiązane z podróżami?
Tak. Chciałbym znaleźć niedrogą działkę na Podlasiu, najlepiej z jakimś starym domem do niewielkiego remontu. Razem z żoną szukamy swojego miejsca na ziemi. Podróże są piękne i mam nadzieję, że będziemy nadal podróżować, również z dziećmi. Z biegiem lat coraz bardziej doceniam jednak znaczenie miejsca, do którego można wracać. Marzy mi się własny kawałek świata. Taki, gdzie można odpocząć, posadzić pomidory czy ogórki, pobyć blisko natury i po prostu zwolnić. Myślę, że właśnie taki spokojny, zwyczajny fragment życia jest dziś jednym z moich największych marzeń.
Dziękuję za rozmowę.
Ja również dziękuję. Cieszę się, że mogłem podzielić się swoją historią i doświadczeniami.
Komentarze obsługiwane przez CComment