Ta strona używa plików cookies.
Polityka cookies    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
Kocham Radzyń Podlaski

  Kochamy nasze miasto i jesteśmy z niego dumni!

Katastrofa polskiego autokaru zmierzającego do Medjugoria ze Stoczka koło Czemiernik

Anna Wasak

20 lat temu - 1 lipca 2002 r. pod Balatonem miała miejsce katastrofa polskiego autokaru zmierzającego do Medjugoria ze Stoczka koło Czemiernik. Zginęło w niej 20 osób. Przypominamy artykuł Anny Wasak o tym wydarzeniu pt. "Nasza ofiara była potrzebna".

„Bardzo mi przykro z powodu wypadku, o którym dowiedziałem się od razu. Nieprzypadkowo ten wypadek zdarzył się między dwoma miejscowościami: Krzyż Pański i Święty Jerzy. To szatan nie chciał pozwolić, byście dotarli do Medjugoria. Chciał, żebyście wszyscy zginęli”- napisał światowy egzorcysta ks. Amorth w liście do przewodniczki grupy pielgrzymów, którzy 29 czerwca ubiegłego roku wyruszyli do Medjugoria ze Stoczka. 1 lipca świat obiegła wiadomość o tragicznym wypadku autokaru nad Balatonem, w wyniku którego życie straciło 20 osób, wszyscy pozostali pielgrzymi zostali ranni.

Pod płaszczem Matki

To miała być dziewiąta pielgrzymka jadąca do Medjugoria ze Stoczka koło Czemiernik. Wyjazdy organizował franciszkanin brat Stefan. Pierwszy raz w tym sanktuarium Maryjnym znalazł się w Roku Jubileuszowym przez przypadek. Do tego, co się tam działo odnosił się wcześniej dość sceptycznie. Jednak już pierwszy pobyt w Medjugorie w sposób szczególny wpłynął na jego życie. - Prawie ćwierć wieku byłem już wówczas w zakonie, wiele się modliłem, ale nie sercem, nie tak, gdy podczas modlitwy człowiek czuje się dzieckiem w ręku Boga, ukrytym pod płaszczem Matki - wyznaje.

Szczególnie w ostatnich latach, odkąd znalazł się w Stoczku, by od podstaw budować tam kościół, klasztor i Dom Pomocy Społecznej, a przy tym prowadził gospodarstwo, trudno było mu się skupić na modlitwie. Po powrocie z Medjugoria pozytywne rozwiązanie znalazły także trudne problemy wynikłe z braku funduszy na budowę kompleksu klasztorno-charytatywnego.

Od października 2000 roku zaczął organizować wyjazdy dla innych. - Widziałem, że ludzie z Medjugoria wracają do swych domów inni: radośniejsi, rozmodleni, zaczynają przystępować regularnie do Sakramentu Pokuty. Widziałem podejmujących trud nawrócenia z alkoholizmu, narkomanii, zmianę życia w małżeństwach - mówi brat Stefan. Kto jeździł na pielgrzymki? - Przede wszystkim ci, którzy mieli problemy. Nie wybierałem ludzi. Ale nie mając biura pielgrzymkowego, turystycznego, prawie zawsze znalazł się komplet pielgrzymów. Ludzie do Stoczka - zagubionej na Podlasiu małej wioski przyjeżdżali z całej Polski, żeby stąd wyjechać do Medjugoria - nawet ze Szczecina, z Krakowa. Wśród pielgrzymów znajdowały się dzieci, starsi, zdrowi i chorzy. Mówiłem: „Matko Boża, to Ty ich wybierasz, opiekuj się nimi.” Ze swej strony robiłem, co mogłem , by zapewnić pielgrzymom szczęśliwe dotarcie do celu. Brałem zawsze najlepszych kierowców, najlepsze autokary - tłumaczy brat Stefan. Tak było i tym razem: obaj kierowcy mieli długoletnie doświadczenie, jeździli bezwypadkowo i bardzo ostrożnie. Podczas poprzednich pielgrzymek niektórzy narzekali, że zbyt wolno. Pan Kazimierz odpowiadał zawsze: „Zdążymy”. - Ten jego spokój nas zadziwiał i rzeczywiście, zawsze, gdy mieliśmy gdzieś dotrzeć na określoną godzinę, byliśmy tam na czas - bez pośpiechu, nerwowości. Umiał wprowadzać atmosferę spokoju i stanowczości - wspominają pielgrzymi. Przewodniczką była Wanda Kapica - tłumacząca z włoskiego na polski „Echo Maryi, Królowej Pokoju”.

Ku Medjugoriu

Lipcowa pielgrzymka miała mieć szczególny charakter. 1 lipca w Medjugoriu rozpoczęły się rekolekcje dla kapłanów, które prowadził ksiądz Amorth - światowy egzorcysta, autor książek „Wyznania egzorcysty”, „Nowe wyznania egzorcysty” oraz „Egzorcyści i psychiatrzy”. - Jest najbardziej doświadczonym egzorcystą we współczesnym świecie, uczył się tej posługi od ks. Candido Amantini - egzorcysty Rzymu, który cieszył się opinią świętości - wyjaśnia Wanda Kapica. Podczas światowego spotkania egzorcystów, który odbył się w 2000 roku we Włoszech, mówił o szczególnym nasileniu się działania szatana we współczesnym świecie. Około pięciuset kapłanów, z którymi spotkał się w lipcu w Medjugoriu, ponaglał, by ostrzegali ludzi przed szatanem, uciekaniem się do błędnych praktyk, m.in. wróżb i magii, które są ulubionym jego narzędziem, a które mogą się skończyć różnymi powikłaniami duchowymi, wyjście z czego jest bardzo trudne i trwa latami.

Pielgrzymka rozpoczęła się w niedzielę po porannej Mszy Św. wyjątkowo poprzedzonej adoracją Najświętszego Sakramentu z okazji ostatniego dnia Nabożeństwa Czerwcowego.

Czy się ta pielgrzymka różniła czymś od poprzednich? Panowała od początku atmosfera powagi i rozmodlenia. Pierwszą część Różańca poświęcono w intencji Wizyty Apostolskiej Ojca Świętego w Polsce. Część bolesną pielgrzymi ofiarowali za tych wszystkich, którzy zginęli lub zginą w wypadkach na drogach, którymi wiedzie trasa pielgrzymki.

Mało śpiewali. Podróż umilała im głównie Monika Dziołak - pięcioletnia dziewczynka, najmłodsza uczestniczka pielgrzymki, najmłodsza w rodzinnej kapeli Dziołaków. - Zachwycające dziecko-śliczna, rezolutna, radosna - wspominają ją pielgrzymi.

Czwórka dzieci z tej rodziny okazała się szczególnie utalentowana muzycznie. Wyjazd miał być dla nich formą nagrody za wielokrotne śpiewanie Matce Bożej w sanktuariach diecezji siedleckiej i zaproszeniem, by zaśpiewali Jej w Medjugoriu. Po drodze przewodniczka - Wanda Kapica opowiadała pielgrzymom o kulcie Najświętszego Serca Jezusa, pierwszych piątkach i sobotach miesiąca, a po Koronce do Miłosierdzia Bożego - o św. siostrze Faustynie . Wreszcie przedstawiła stanowisko Watykanu w sprawie objawień w Medjugoriu. Wyjaśniła, że Kościół zawsze zachowuje wielką ostrożność. Medjugorie nie jest oficjalnie uznane za miejsce objawień Matki Bożej (jak np. Lourdes), co stać się może dopiero po ustaniu objawień, ale jest uznawane jako miejsce kultu Maryjnego. Opowiada również o podstawowym orędziu Matki Bożej, która w swych objawieniach przypomina prawdy zawarte w Ewangelii, mówi o rzeczach ostatecznych i działaniu szatana oraz wzywa do budowania pokoju i wzajemnego pojednania, do odmawiania modlitwy różańcowej, pełnego uczestnictwa w Eucharystii, lektury Pisma Świętego, postu i częstego przystępowania do sakramentu Pokuty.

O godz. 21 Monika Dziołak zaśpiewała Apel Jasnogórski. Zaraz po modlitwie poszła do rodziców i zasnęła.

Ok. 22 autokar zatrzymał się na Wzgórzu św. Gellerta - patrona Węgier. Pielgrzymi dłuższą chwilę podziwiali panoramę nocnego Budapesztu. Szczególne wrażenie wywarły na nich światła stolicy Węgier odbijające się od wód Dunaju. - Te światełka wyglądają jak znicze na cmentarzu - zauważył jeden z braci Dziołaków. - Kiedy jest dużo gwiazd, nie wiadomo, gdzie kończy się ziemia, a zaczyna niebo - odpowiedziała przewodniczka pani Wanda. Było około północy, gdy autokar ponownie się zatrzymał. Po półgodzinnym postoju i zmianie kierowców pielgrzymi ruszyli w dalszą drogę. Wiele osób w tym momencie wymieniło się miejscami. Ksiądz Jerzy Górski - proboszcz i kustosz Sanktuarium św. Józefa w Siedlcach prosił siedzącego obok pana Andrzeja, by usiadł na jego miejscu przy oknie, gdyż chciał rozprostować nogi. Ks. Jerzy zginął, pan Andrzej ocalał. Przewodniczka widząc, że na jej miejscu usiadł ktoś inny, kto chciał porozmawiać z bratem Stefanem, usiadła na końcu autokaru.

„Umierali jak święci”

Tragedia rozegrała się pół godziny później o 1.20 nad Balatonem między miejscowościami, których nazwy po przetłumaczeniu brzmią Krzyż Pański i Święty Jerzy. Wielu pasażerów o tej porze spało. Autokar jechał z prędkością ok. 80 km na godzinę. Gdy znajdował się ok. 100 m od ronda, pan Kazimierz krzyknął do swego zmiennika : - Hamuj! Kierujący autokarem przycisnął hamulec, jednak bez skutku - autokar toczył się dalej. - Trzymajcie się, będzie wypadek ! - zawołał kierowca.

Pani Wanda obudziła się w momencie, gdy autobus przewracał się na dach: - Boże mój, miłosierdzia! - westchnęła. Rzucona siłą bezwładności, potoczyła się wzdłuż przejścia. - Wstaję o własnych siłach, zupełnie spokojna, widzę siedzenia odwrócone do góry. Słyszę jęki i wołania o pomoc. „Boże, dziękuję Ci, że żyję. Muszę wychować dzieci, które już nie mają ojca” - to była moja pierwsza myśl - wyznaje. Wyszła z autobusu przez tylne okno, którego szyba stłukła się w momencie tragedii. „Dopiero teraz widzę rozmiary tragedii, ale jestem spokojna. Nie słyszę krzyków, wrzasków, przekleństw. Nie ma histerii, paniki. Ludzie, którzy ocaleli, modlą się za pozostałych. Ci, którzy czekają na pomoc w autokarze, jęcząc z bólu, również głośno się modlą” - wspomina. Przechodząc obok autokaru, zobaczyła konającą kobietę. Pojechała na pielgrzymkę ze swym adoptowanym, nieuleczalnie chorym synem. W ostatnich latach, szczególnie po śmierci męża, modliła się, by jej syn nie został sam. Jej nogi były przygniecione wrakiem autokaru powyżej kolan. Jęknęła: „Boże, chyba nic się nie da zrobić. Umieram. Ojcze nasz, któryś jest w niebie...” To były jej ostatnie słowa. Na poboczu stoją trzej bracia Dziołakowie. Nie ma z nimi Moniki. Odmawiają różaniec. W trakcie modlitwy jednemu z nich wyrywają się prośba: „Mamusiu, ja ciebie błagam... wyjdź z tego autobusu! Ja już zawsze będę grzeczny, tylko ty wyjdź...” Pozostali nie przerywają modlitwy. Przy autokarze leży na wznak kierowca - pan Kazimierz. Nie żyje. Twarz ma spokojną, rozpromienioną łagodnym uśmiechem. Jakiś młody mężczyzna powtarza: „Boże, dlaczego zabrałeś mi żonę?” Wanda Kapica, którą odwieziono do szpitala jako jedną z ostatnich, wyznała, że pielgrzymi umierali jak święci. - Może to trudno zrozumieć niektórym z ich rodzin, ale tak było. Wiadomość o śmierci ukochanej osoby można spokojnie przyjąć tylko wtedy, gdy nie brak nam miłości Boga - twierdzi pani Wanda, dodając, że doświadczyła tego, gdy po kilkuletniej chorobie zmarł jej mąż, zostawiając ją samą z dziećmi.

Dlaczego?

Ratownicy zabierali najpierw najciężej rannych. Jednak gdy dwukrotnie przechodzili obok brata Stefana, machali tylko ręką. Nie wierzyli, że przeżyje akcję ratunkową. W chwili wypadku siedział na przednim siedzeniu. Wyleciał przednią szybą z autokaru, wyrywając brzuchem półkę, która znajdowała się przed nim. Leżał dwie i pół godziny z głową zalaną krwią, przygniecionymi nogami i pięcioma połamanymi żebrami, z których dwa przebiły mu płuca tuż obok serca.

- Miałem czas na rozważania. Pytałem: „Panie Boże, dlaczego?”. Czułem się odpowiedzialny za całą grupę. Nie wiedziałem, ile osób zginęło. Do końca życia nie zapomnę widoku, jak ratownicy zaczęli wynosić zmarłych i wkładali ich do worków - po kilku tygodniach wyznaje, że nie przespał spokojnie ani jednej nocy.

W wypadku zginęło na miejscu 19 osób, drugi kierowca zmarł w szpitalu. Wśród zmarłych było 3 spośród 4 uczestniczących w pielgrzymce kapłanów.

Spośród pasażerów siedzących z przodu autokaru przeżyły 3 osoby, między innymi 17-letnia dziewczyna z Krakowa, która tuż przed tragedią wsunęła się w głąb siedzenia, uniosła kolana. Miała wiele połamań, także kręgosłupa, twierdzi, że to cud, iż nie został przerwany rdzeń.

Biały różaniec

Brata Stefana jako najciężej rannego w stanie krytycznym helikopterem odtransportowano do szpitala w Budapeszcie. Prasa na bieżąco informowała o stanie jego zdrowia. Początkowo lekarze nie dawali mu więcej jak 4-5 godzin życia. Jednak o 1.20 w nocy poderwał się nagle z łóżka i usiadł. Podbiegły do niego dwie pielęgniarki, chciały go na siłę położyć. Półprzytomny spojrzał na zegarek i pomyślał: „O Boże, to jest pierwsza doba”. Na biurku przy łóżku miał listę osób, które zginęły. Położył ją na kolanach i wziął do rąk różaniec, który odczepiono od porwanego habitu. Kiedy siostry zobaczyły, że się modli i popatrzyły na listę, zrozumiały, kim jest. Podeszła do niego uczennica -pielęgniarka, przytuliła jak siostra, pokazała krzyżyk na piersi, co miało znaczyć, że ona też jest katoliczką. Stała przy nim, dopóki nie skończył różańca. Gdy kilka dni później brat Stefan chciał jej podziękować, że była przy nim w najtrudniejszych chwilach, odparła: - To ja dziękuję. Dzięki brata modlitwie pierwszy raz od dwóch lat poszłam do kościoła.

Po czterech dniach do szpitala przyszła prezydentowa Węgier. Gdy współczuła mu z powodu cierpienia, obruszył się: - A cóż to za cierpienie! Ja tu jestem dopiero 4 dni. Moja mama jest obłożnie chora od 17 lat, a tata się nią opiekuje. Nigdy nie widziałem grymasu na jej twarzy, bo wie, dla Kogo cierpi. Gdy zaś zapytała, dlaczego jeździ do Medziugorja, odpowiedział: - Żeby zawieźć tych, co są najbardziej chorzy - alkoholików, narkomanów, ludzi mających problemy z modlitwą, w małżeństwie. O Medziugorju i Stoczku opowiadał jej około godziny. Na zakończenie rozmowy pani prezydentowa ze łzami w oczach podarowała mu biały różaniec ze słowami: - To jest moja najcenniejsza pamiątka, jaką mam - różaniec, który dostałam niedawno od Ojca Św. Brata ręce będą godniejsze. - Teraz mam czas, będę się modlił za Węgrów - obiecał brat Stefan.

Po powrocie do Stoczka zauważył, że ze stojącej w kaplicy figury Matki Bożej Fatimskiej zginął bardzo skromny, świecący różaniec. Włożył więc w dłonie Maryi ten papieski, z intencją, by Matka Boża otoczyła opieką Węgrów.

Ci zaś wspaniałą opieką otaczali rannych pielgrzymów. Nie tylko personel medyczny szpitali, ale i inni, którzy spieszyli z różnoraką pomocą, wspomagali duchowo, okazywali wielką życzliwość i serdeczność.

Ranni poszkodowani w wypadku ku zdziwieniu węgierskich lekarzy bardzo szybko wracali do zdrowia. Przypisują to mocy modlitwy, jaką ich otoczono. -Szok i spontaniczna modlitwa - to najwłaściwsze określenie na reakcje wszystkich, do których ta wiadomość dotarła - stwierdza Ewa, jadąca w tym samym czasie innym autokarem do Medjugoria, która jako pierwsza informację o wypadku przekazała osobom odpowiedzialnym za rekolekcje. Modlono się za nich niemal na całym świecie: modliła się cała Polska, całe Medjugorie, gdzie prawie pięciuset kapłanów uczestniczących w rekolekcjach odprawiło Mszę Świętą w intencji ofiar wypadku. Modlono się nawet w Ziemi Świętej i Afryce.

Jako ostatnia węgierski szpital w Keszly 11 lipca opuściła Wanda Kapica. Ze szpitala białostockiego wyszła 16 lipca - w święto Matki Bożej Szkaplerznej. Uważa, że nie jest to przypadek: - Gdy wychodziłam z domu do czekającej już na mnie taksówki, ostatnią rzeczą, którą zabrałam ze sobą, był szkaplerz karmelitański mego synka, bo mój trochę się zniszczył.

Łaska cierpienia

W pierwszy piątek sierpnia odprawiona została w Konstantynowie Msza Św. w intencji zmarłych w wypadku Państwa Dziołaków i ich córeczki Moniki. Tego dnia do ich domu przybył znajomy, który ze łzami w oczach opowiedział, jak dziewczynka doprowadziła go do konfesjonału. Przyjechał na jej grób, bo kilka nocy z rzędu śniła mu się i prosiła: „Przyjdź do mnie!” Gdy stanął nad jej grobem usłyszał, jak mówiła do niego z wyrzutem: „Z czym tu przyszedłeś, dlaczego nie byłeś u spowiedzi?”

Brat Stefan wyznaje, że obawiał się spotkania z chłopcami, nie wiedział, jak z nimi rozmawiać po tragedii, która ich tak boleśnie dotknęła, tym bardziej, że to on namówił ich na pielgrzymkę. Tymczasem to nie on ich, ale oni jego pocieszali. - Wiem, bracie, że chcesz zapytać o Monikę, ale nie przejmuj się, Monika musiała iść z mamą i tatą, bo ona by tego nie zrozumiała - tłumaczył Jacek.

- Podziwiam ich, są mocni dzięki modlitwie, sam nie wiem, jak bym taką tragedię przeżył - nie ukrywa wzruszenia brat Stefan.

Mąż nauczycielki, która zginęła w wypadku, zostawiając czworo dzieci, odwiedził brata Stefana, gdy tylko przyjechał ze szpitala. - Bracie, gdybym nie był w Medjugoriu, nie przeżyłbym tego. Ale wiem, że to było potrzebne Panu Bogu - powiedział.

Osoby dotknięte tragedią stworzyły wielką rodzinę. Pragną utrzymywać ze sobą kontakt. Modlitwa w ich intencji będzie trwała w Stoczku - szczególnie podczas czuwań w intencji pokoju, które od 9 lat odbywają się tam w każdą trzecią sobotę miesiąca. Również ojcowie z Medjugoria wyrazili pragnienie spotkania się ze wszystkimi poszkodowanymi i ich rodzinami oraz przyjazdu do małego franciszkańskiego klasztoru w Stoczku - do miejsca, o którym przebywający tam rok wcześniej 20 lipca 2001 roku o. Peter Zorza powiedział, że jest miejscem łask.

- Gdy po wypadku przyjaciele zawieźli mnie do domu rodzinnego, po przekroczeniu jego progów moja od 17 lat obłożnie chora mama powitała mnie pytaniem: „Czyś podziękował Panu Bogu za to cierpienie?” - mówi brat Stefan. - Trudno zrozumieć to cierpienie, które stało się naszym udziałem. Wiem, że wielu osobom jest ciężko. Ale cierpieć to nie znaczy złorzeczyć. Wierzę, że nasza ofiara była potrzebna. Przypomniała światu o Medjugorie, skąd od 20 lat Matka Boża prosi o pokój dla świata i daje broń przeciw szatanowi.

 

 

Komentarze obsługiwane przez CComment

Kategoria: