Cudze chwalicie, swoje poznajcie... (cz. 360)
Tuż przy linii kolejowej Łuków–Lublin, na prywatnej posesji rodziny Kaliszuków w Bezwoli, stoi granitowa płyta z wyrytym krzyżem. Nie rzuca się w oczy. Ginie wśród zabudowań i pól. A jednak to jedno z tych miejsc, gdzie ziemia pamięta więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. Upamiętnia ofiary niemieckich represji, które spadły na okolicę dwa tygodnie po udanym zamachu żołnierzy Armii Krajowej Obwodu Radzyń Podlaski na Adolfa Dykowa, przeprowadzonym 30 października 1943 roku w lesie zbulitowskim.
Śmierć Dykowa, nazywanego przez mieszkańców „katem Południowego Podlasia”, stała się dla okupanta pretekstem do brutalnej akcji odwetowej. Niemieckie służby bezpieczeństwa dysponowały szczegółowymi informacjami o osobach zaangażowanych w działalność podziemia i o tych, którzy mieli związek z akcją w lesie. Z Radzynia Podlaskiego wyruszyły oddziały policyjne złożone z jednostki służby bezpieczeństwa SS, kompanii z III Batalionu 25. pułku SS oraz kompanii 790. gruzińskiego batalionu Ostlegionu. Siły podzielono na dwie grupy. Jedna rozpoczęła pacyfikację w Zbulitowie Małym, druga około czwartej rano zajęła teren stacji kolejowej w Bezwoli i otoczyła pobliskie zabudowania.
Rewizje prowadzono metodycznie, dom po domu. Szukano broni, szukano ludzi. Niemcy wtargnęli również do domu Edwarda Kaliszuka „Dąbka”, żołnierza AK i uczestnika zamachu na Dykowa. Tam natrafili na opór. Kaliszuk, próbując się przebić, zastrzelił gestapowca Antona Neumana i ranił trzech esesmanów – dwóch ciężko, jednego lekko. Odpowiedź była natychmiastowa. Zabudowania podpalono. W płomieniach zginęła żona „Dąbka” oraz ich dwoje małych dzieci. Tego samego dnia żandarmi wyłączyli z grupy zatrzymanych mieszkańców Bezwoli Edwarda Krupskiego i Jana Gmitruka, żołnierzy miejscowej komórki AK, i rozstrzelali ich na miejscu.
Trzynastu aresztowanych w Bezwoli popędzono do Wohynia, gdzie dołączyli do pięćdziesięciu zatrzymanych w Zbulitowie Małym. Łącznie 63 osoby zaprowadzono z powrotem do Zbulitowa Małego i zgromadzono pod zabudowaniami rodziny Kozów. Obejście podpalono, a dziesięciu ludzi zamordowano. Pozostałych przewieziono do placówki gestapo w Radzyniu Podlaskim. Wielu spośród nich nie przeżyło niemieckich katowni.
Kulminacja dramatu nastąpiła 20 listopada 1943 roku. Tego dnia radzyńskie gestapo przywiozło do Bezwoli 18 osób – mieszkańców Bezwoli, Wohynia, Zbulitowa, Turowa i Branicy Suchowolskiej. Ustawiono ich przed spalonym domem Edwarda Kaliszuka. Na miejsce spędzono także mieszkańców wsi oraz podróżnych czekających na poranny pociąg. Aresztowanym kazano wykopać duży dół w sadzie przylegającym do pogorzeliska. Gdy praca została zakończona, Niemcy odczytali wyrok: kara śmierci przez rozstrzelanie za zabicie Adolfa Dykowa i Antona Neumana. Skazańców wyprowadzono z samochodów z rękami skrępowanymi drutem kolczastym i ustawiono na krawędzi wykopu. Tuż przed salwą padły patriotyczne okrzyki, wielu z nich zachowało spokój do końca.
W styczniu 1945 roku ciała ofiar ekshumowano i przeniesiono na cmentarz parafialny w Wohyniu. Edward Kaliszuk „Dąbek” walczył dalej w oddziale partyzanckim AK, zginął wiosną 1944 roku w lasach turowskich.
Granitowa tablica w Bezwoli głosi: „OFIAROM ZBRODNI / HITLEROWSKIEJ / dokonanej w Bezwoli / w latach 1943-44 / Belniak Piotr / Czeczko Stanisław / Deneka Marian / Deneka Mikołaj / Dobosz Stanisław / Gabryszuk Marian / Gmitruk Jan / Koza Kazimierz / Krupski Edward / Niemczuk Edward / Paszczuk Czesław / Sawka Feliks / Struczyk Henryk / Zyszczyk Franciszek / oraz / Kaliszukowie, Emilia i Edward / z dziećmi Zdzisławą i Kaziem / CZEŚĆ ICH PAMIĘCI / Bezwola 18. 11. 2007 r. /.
Dziś pociągi przejeżdżają tędy jak każdego dnia. Peron w Bezwoli nie nosi śladów tamtego świtu. Tylko granitowa płyta przypomina, że w listopadzie 1943 roku ta spokojna wieś stała się sceną jednej z najtragiczniejszych kart w historii okolicy – zapisanej ogniem, krwią i ciszą, która trwa do dziś.
Komentarze obsługiwane przez CComment